Szczera autobiografia oparta na magicznej osnowie kresowej wrażliwości, duchowości, wiary w sny i przeznaczenie, pełne miłości do sztuki, barwnych ludzi i ukochanych zwierząt - wrażliwy Czytelnik nie oprze się tej lekturze. Świat wspomnień Jerzego Antczaka urzeka i wciąga. Książkę „czyta się” jednym tchem.
(...) Nenufary - uśmiech losu!
Miałem Toliboskiego, ale jego najważniejsza scena ciągle pozostawała w sferze marzeń. Powód? Brak nenufarów.
Nieustannie domagałem się od scenografów wodnej przestrzeni, pokrytej "jak okiem
sięgnąć kwitnącymi nenufarami". Miałem ich obraz w mojej wyobraźni z dziecięcych
wspomnień z Wołynia i Polesia, gdzie te piękne kwiaty były ozdobą olbrzymich
rozlewisk błotnych.
Dni mijają, a nenufarów wciąż nie ma.
Ogarnia mnie panika. Produkcja filmu zbliża się do końca. Jest czerwiec 1974
roku. Nadzieja na znalezieniu żywych nenufarów maleje – mamy czas do lipca. A
potem "Kiszkurno!" (katastrofa) Myśl, że będę musiał korzystać ze strasznych
sztucznych atrap, które w desperacji podtykał mi Masłowski, zabijała mnie.
Stawałem się opryskliwy. Wręcz ordynarny. W końcu obraziłem się nawet na babcię
i... modlitwy moje straciły żar.
Późne czerwcowe popołudnie. Po
zdjęciach w Seroczynie Benio Malczyk, mój kierowca, wiezie mnie do Stoczka
Łukowskiego, gdzie produkcja wynajmowała nam mieszkanie. Nieoczekiwanie, gdzieś
w połowie drogi, odwracam głowę w stronę wzgórza pokrytego zagajnikiem. Miejsce
to mijaliśmy w ciągu dwóch lat najmniej ze sto razy. I nigdy nie zwracałem na
nie uwagi. Mówię do pana Benia:
- Zobaczmy, co się kryje za tym
zagajnikiem.
Bez słowa skręcił. Zjechaliśmy polną
drogą wprost na olbrzymi staw pokryty nieopisywalną ilością nenufarów w pełnym
rozkwicie. W pierwszej chwili myślałem, że zwariowałem. Nie jestem w stanie
opisać moich uczuć. Gdybym wygrał milion na loterii, szczęście moje nie byłoby
większe. Tak musiał czuć się Carter, kiedy odkrył grobowiec Tutenchamona.
Słońce chyliło się ku zachodowi i
rzucało pomarańczowe światło na biało-kremowe płatki tych boskich kwiatów.
Rozrzucone przez naturę w niewyobrażalnej obfitości, pokrywały gęsto całą taflę
wodną, tu i ówdzie zazielenioną żabim skrzekiem.
Modliłem się żarliwie jak nigdy dotąd i
przepraszałem babcię za zwątpienie.
Nenufary, czyli "lelije wodne"
Wiadomość, że znalazłem nenufary,
poruszyła całą ekipę. Zaraz na wstępie Szostek, ogrodnik i właściciel
nieboszczki Klaczki, zaserwował mi taki tekst:
- Dlaczego pan reżyser nie powiedział
od razu, że chodzi o lelije wodne? Przecie bym od razu zaprowadził nad ten staw
w lewo! A pan ciągle... neniufary... neniufary... No, tera już będę wiedział...
A te lelije to już kwitną drugi tydzień i lada godzina zgubią kwiat...
Jakaś babina dorzuciła.
- Mają życia na dwadzieścia cztery, a najdłużej na czterdzieści osiem godzin.
Nogi mi się ugięły. Robię naradę z Tomkiem Miernowskim. Błagam, aby na następny dzień ściągnął mi Jurka Kamasa,
Elżunię Starostecką, Jankę Traczykówną, Beatę Tyszkiewicz oraz Karola
Strasburgera. Jadzię i Binia miałem na okrągło do dyspozycji. Tomkowi zrzedła
mina. Rąbnął bez litości:
- Panie Jerzy, tylko cud pozwoli mi dostarczyć ich w ciągu dwunastu godzin.
Nie chciałem słyszeć tego, co do mnie mówi. Basia Ptak miała do pomocy dwie wspaniałe artystki: Terenię Francuz i
Renatkę Własow. Dwa chodzace wulkany. Pracowite, oddane. Chodzący optymizm. Bez
słowa zapewniły: “Kostiumy będą!” W nocy nieoczekiwanie Szostek zawalił do okna:
- Dobrze by było sprawdzić głębokość w tym stawie. Coś mi się widzi, że może być różnie.
Zdrętwialem!
Zaopatrzeni w długie drągi, przeprowadziliśmy z Szostkiem wizję lokalną. Noc był piękna. Nad stawem wisiał
księżyc w pełni. W pewnej chwili Szostek szepnął:
W nocy, w świetle księżyca, te neniufary są jeszcze piękniejsze niż w dzień.
Zaskoczył mnie tym komentarzem. Jaka wrażliwość... Co my wiemy o ludziach? „A może nakręcić całą scenę w nocy?” -
przemknęło mi przez myśl. Nie. Głupi pomysł. Brodzimy wśród nenufarów. Co chwilę krzyczę:
- Niech pan uważa i nie rujnuje kwiatów...!
Wreszcie ulga. Na odległość jakieś dziesięć metrów od brzegu, woda sięga do pasa.
Następnego dnia wczesnym rankiem Tomek Miernowski przywiózł mi cały komplet aktorski plus dwadzieścia osób, które miały
uzupełniać grupę.
Do dziś nie mogę uwierzyć, że los był dla mnie tak szczodry. Bo przecież wszystko mogło się zdarzyć. Ktoś mógł
wyjechać. Zachorować. Albo był na próbach generalnych. No, w ogóle mogło być
tysiące powodów, dla których nie mógłbym tego dnia nakręcić nenufarów.
Kręcimy! Karol Strasburger wchodzi do wody i zaczyna brnąć przez grząskie dno, aby dostać się do najpiękniejszych
kwiatów. Zrywa je i układa w bukiet. Nagle... odrzuca kwiaty ze wstrętem i
zaczyna wykonywać jakieś dziwne figury, jakby trzepała nim Choroba Św.Wita, po
czem szybko zaczyna iść w stronę brzegu. Kiedy stanął na twardym gruncie,
gwałtownie zaczął rozpinać rozporek. Konsternacja. Strassburger zwariował.
Podbiegam do niego.
- Co się stało?
Przychylił się do mnie i jęknął cicho.
- Pijawki dostały mi się za wysoko.
Odbiegł na bok. Usiadł na trawie. Pobiegłem za nim Krzyknął:
- Zrób coś, inaczej nie wejdę w to bagno!
Zgłupiałem. Nie wiem, co robić. Z pomocą przychodzi niezawodny Jurek Michaluk. Pół godziny później Karol założył
gumowe buty, pożyczone od straży pożarnej, sięgające do bioder. Z trudem
wcisnęliśmy go w spodnie. Wstał i nagle... górę bierze aktorska pycha.
- A jak mi te gumowe gacie popsują figurę?
Zaczął się wyginać, robić przysiady. Wreszcie uznał.
- Nie. Mogę grać.
Wszedł do wody. Narwał naręcz nenufarów i położył je u stóp Barbary.
(...)